środa, 21 stycznia 2015

"Nie byli godni, by żyć"

 Czy słyszeliście kiedyś o "Akcji T4"? Z pewnością słyszeliście, a tylko kryptonim pewnie zbyt wiele nie mówi. "Akcja T4" realizowana była przez hitlerowców w latach 1939 - 1944, a jej główna faza przypadła na czas od stycznia 1940 do sierpnia 1941 r. W tym czasie zamordowano łącznie ok. 100.000 ludzi, zakwalifikowanych jako "życie nie warte życia" - chorych psychicznie, niewido- mych, gruźlików, inwalidów. Ofiarami akcji była nie tylko ludność krajów okupowanych - w Polsce zgładzono w jej ramach ok. 30.000 osób - lecz także Niemców. Bardziej szczegółowo o tych działaniach można przeczytać w artykule "Akcja T4 - zbrodnia III Rzeszy na niepełnosprawnych". Eksterminacja chorych psychicznie nie ominęła także Gniezna, gdzie od 1894 roku, po dziś dzień, działa jeden z największych szpitali psychiatrycznych w naszym kraju, popularnie, ze względu na lokalizację, zwany "Dziekanką". "Głównie z relacji kilkunastu Polaków, którzy pracowali tutaj w czasie okupacji dowiedziano się po wojnie, jak to się odbywało. Wytypowanych chorych odurzano najprawdopodobniej skopolaminą, bądź chloralem, następnie ładowano do szczelnie zamykanych samochodów- kontenerów, do których wnętrza uchodziły gazy spalinowe. W ten sposób zagazowanych chorych wywożono do lasu w odległości około 30-35 km od Gniezna. Mogiły ofiar tych bestialskich mordów nie zostały niestety odnalezione. Eksterminacja odbywała się również przy pomocy bliżej nieznanych środków chemicznych. Ogółem w okresie okupacji zgładzono w tutejszym szpitalu 3586 chorych - Polaków, Niemców jak i chorych innych narodowości" - czytamy w historii szpitala

Mapa Polski Targeo
Miejsce to (a może jedno z miejsc?) jednak udało się w końcu zlokalizować. Jest ono oddalone o ok 12 km na północ od Gniezna. Znajduje się na terenie leśnictwa Nowaszyce. Niestety, miejsce to do dzisiaj nie jest oznaczone na mapach turystycznych. "W terenie" także próżno szukać znaków. Niemniej jednak postanowiłem do niego dotrzeć w ramach jednej z moich pieszych wycieczek po Lasach Królewskich.

Nie wiedząc, gdzie dokładnie powinienem iść, zaszedłem najpierw do wioski Nowaszyce. Tam stanąłem bezradny na leśnym skrzyżowaniu - nigdzie żadnego znaku! W końcu zapukałem do jednego z gospodarstw. Wyszła do mnie starsza kobiecina i usłyszawszy, że szukam grobu pomordowanych pacjentów "Dziekanki", powiedziała: "Aaa, to pójdzie pan tą drogą, co do szosy prowadzi. Będzie ze dwa kilometry. Tam po lewej stronie zobaczy pan pomniczek, a za nim, bardziej w głębi lasu znajdzie pan doły..." a jej oczy mówiły jeszcze (tak to odbierałem): "Dobrze, że o nich pamiętacie!" Poszedłem według jej wskazówek i rzeczywiście po około pół godzinie stanąłem w miejscu, gdzie zakończyła się ich męczeńska droga. Patrzyłem w okół i słuchałem z niedowierzaniem, że w tak pięknym i spokojnym miejscu rozegrał się finał tak wielkiej tragedii. Stanąłem, zsunąłem z głowy czapkę - bo jakże bym mógł tego nie zrobić - zadumałem się nad bezsensownym okrucieństwem, nad złem w ludzkich sercach... Wyobraziłem sobie krzyki zabijanych - choć z tego, co można przeczytać o "Akcji T4" krzyki mogły być tylko wcześniej, w mobilnych komorach gazowych, i szybko milkły. Tu nikt zapewne nie strzelał - choć może niektórych dobijano, jeśli dawali jeszcze jakieś znaki życia - a tylko wrzucano ciała (a może i półżywych jeszcze ludzi?) do wielkich dołów. Dziesiątki... setki ciał...

Stałem dalej. Było tak cicho, że aż dziwnie. Nie wierzę w duchy - jestem bowiem chrześcijaninem - a jednak czułem, jakby wstawali z grobów, by opowiedzieć mi swoją historię, by opowiedzieć mi swój ból, swoje cierpienie... Umarli nie mogą mówić, więc nigdy się o nich niczego nie dowiemy. Szczegóły tego, co przeżyli, wszystkiego, co się stało, szczelnie okryły kurtyny czasu i śmierci! Chciałoby się wierzyć, że ludzie już zmądrzeli i że nic takiego już nigdy się nie zdarzy. Bóg daje czas pokoju - cieszymy się nim już od 70 lat, a to bardzo długi czas - lecz szatan raz po raz miesza ludziom w głowach tak, że stają się chciwi i okrutni. Modliłem się, by już nikt nigdy nie musiał tak cierpieć, by ludzie obłąkani już nigdy nie pchnęli innych do walki. W takich miejscach, jak to, dzieje się z człowiekiem coś dziwnego i może najlepiej to przeżywać tak, jak ja, w samotności, podczas długiego spaceru.

Zagłębiłem się w las. Nie ośmieliłem się wejść pomiędzy drzewa, by nie chodzić po mogiłach - z szacunku dla miejsca, dla ludzi pomordowanych... Poszedłem wzdłuż bocznej dróżki. Gdybym nie wiedział, czego moje oko ma szukać, nie zwróciłbym wcale uwagi na nieznaczne zagłębienia w ziemi, mające po kilka metrów średnicy i bardzo płytkie - to tu, to tam. To właśnie ślady dołów, w które zrzucano ciała pomordowanych. Próbowałem zrobić kilka zdjęć (jedno z nich jest poniżej), lecz bardzo trudno jest te ledwie widoczne wgłębienia uchwycić. Tak naprawdę ten teren powinien być ogrodzony i dokładnie oznaczony - lecz o tym, jak dotąd, nikt nie pomyślał. Tam, w tej ziemi, wciąż leżą setki szczątków ludzkich!

czwartek, 20 listopada 2014

"Magiczny" ekspres


Wielkopolska... O niej zdecydowanie będę pisał najwięcej, bo wszak "koszula najbliższa ciału". Jestem Wielkopolaninem, zakochanym w swej "małej ojczyźnie". Bardzo lubi ę zaglądać w jej różne "zakamarki", nie zawsze znane turystom - nie wszędzie zresztą, gdzie bywam, zwykli turyści mają w ogóle dostęp. Mam nadzieję, że przez to moje opowieści - a bardzo lubię opowiadać o swojej krainie - będą jeszcze ciekawsze. Tym razem proponuję podróż przez Wielkopolskę w stylu retro.

Mój dziadek - ojciec mojego ojca - był kolejarzem. Jeździł pociągami, które spowite były parą i dymem. Parowozy jeździły naszymi "żelaznymi szlakami" jeszcze nie tak dawno. Pamiętam (choć to raczej na granicy pamięci), gdy jako dziecko - może 4 czy 5 letnie - odbyłem, wraz z mamą, pierwszą w życiu podróż koleją, a pociąg ciągnął właśnie parowóz. Było to gdzieś na przełomie lat 70-tych i 80-tych, kiedy to - ze względu na deficyty energetyczne - oprócz składów EZT i wielkich "zielonych" EU i SU - uruchomiono właśnie wiele parowozów. Wiadomości o tym, czerpane z profesjonalnych źródeł nt. kolejnictwa przekonują mnie zresztą, że ta "magiczna podróż" z dzieciństwa, to rzeczywiste wspomnienie, nie żadne urojenia. ;) Choć nie jestem pasjonatem kolejnictwa, to jednak zawsze, widząc parowóz i stare wagony - zwłaszcza będące w ruchu - czuję niezwykle przyjemny dreszczyk - czuję się tak, jakbym wchodził w inny, zaczarowany świat.

Mogło by się wydawać, że parowóz to już straszny przeżytek. Niestety, wiele z nich trafiło po prostu na złom. Pamiętam jeszcze ostatnie sztuki, niszczejące gdzieś na bocznicach gnieźnieńskiego dworca. Mam do dziś wielki żal do zarządców, że nie pielęgnowano ich i w końcu gdzieś wywieziono, bo Gniezno wiele na tym straciło - i "to už se nevrátí", niestety. Tym bardziej się cieszę, że jest - i to całkiem spore - grono ludzi, dla których te stare maszyny to coś więcej niż "kupa żelastwa", którzy utrzymują mnie i przywracają do życia. Dzięki nim można nie tylko oglądać je w skansenach - dumą Wielkopolski jest parowozownia w Wolsztynie - ale także wciąż ruszają one, jak dawniej, na "żelazny szlak". Przejazdy nimi po wielkopolskich traktach organizuje, w ramach Markowego Produktu Turystycznego TurKol, poznański Instytut Rozwoju i Promocji Kolei. Od kilku lat ich pociągi docierają m.in. do Gniezna i Trzemeszna. Są to nie tylko cudowne parowozy - bo prowadzą one składy złożone z zabytkowych wagonów, starszych nawet od lokomotyw!

Przyjazd parowozu do Gniezna to zawsze jakby "święto". Nie tylko przyjeżdża nim wielu turystów, lecz także schodzi się wielu Gnieźnian, dla których wciąż parowóz to pewna "magia". Starsi wspominają dawne czasy. Przychodzą najczęściej z dziećmi - swoimi wnukami - by pokazać im i opowiedzieć o tym, jak się kiedyś podróżowało. Przychodzi też wielu młodych, dla których to jakaś ciekawostka, szansa by choć na chwilę oderwać się od "szarej codzienności". Dlaczego dołączyłem do tego grona? Niektórzy się śmieją, że "wdałem się w dziadka". Może... Ale największą moc ma chyba to wspomnienie pierwszej podróży z dzieciństwa i fascynacja "starociami", zabytkami, historią... Do każdego spotkania z parowozem podchodzę naprawdę bardzo emocjonalnie. Właśnie dlatego określam to "spotkaniem, a nie "oglądaniem" - bowiem wierzę, że te maszyny to nie tylko tony żelastwa, lecz gdzieś w środku mają jakby "duszę"... Nie taką jak ludzie - swoją własną, unikalną, parowozową, będącą dziwną mieszaniną ich własnej historii i ludzkich emocji... 

Ciekawy jestem wyrazu twarzy dziadka - mój dziadek zmarł w latach 60-tych - gdyby mógł zobaczyć wnuka w oknie parowozu, z czułością dotykającego różnych jego elementów! Za każdym razem czuję bardzo mocno, że wchodzę w świat mego dziadka! Może właśnie dlatego przeżywam te spotkania zawsze tak silnie - że jest to dla mnie czymś więcej, niż tylko chwilową atrakcją - że jest to właśnie świat mego dziadka, którego nie miałem szansy nigdy poznać? Wiem, że nie dla mnie jest poprowadzenie parowozu, ale jedno pragnienie dzięki TurKolowi, dało się zrealizować - wyruszyć w podróż, jak za dawnych lat. I tak pewnego - niezbyt pogodnego - dnia, wraz z siostrą, ruszyliśmy do Szreniawy na spotkanie poczciwego Ol 49-69 ("dziecko" Fabryki Lokomotyw im. F. Dzierżyńskiego w Chrzanowie, rocznik 1953), prowadzącego wagony pasażerskie z lat 20-tych.

Pierwsze zaskoczenie - bilety. Spodziewałem się, że będą to jakieś "pamiątkowe bilety", lecz zupełnie współczesne, może z jakimś zdjęciem parowozu. Tym czasem cóż za miła niespodzianka! TurKol zadbał nawet o taki szczegół, jak forma biletów! I tak każdy z podróżnych otrzymuje niewielki kartonik z oznaczeniem trasy i numerem - tzw. "bilety edmondsonowskie". Tego rodzaju biletami posługiwano się na kolei od 1839 roku, aż do schyłku lat 80-tych XX wieku. Tak więc, jak to się mówi, jest to naprawdę "kawał historii"! Choć nie jestem przecież "wiekowy", to jednak dobrze pamiętam spore szafy stojące w kasach kolejowych, do których kasjerzy sięgali, by wydać podróżnemu właściwy bilet. W tych biletach były pośrodku charakterystyczne dziurki, a to dlatego, żeby można je było pogrupować - w tych szafach bilety poszczególnych rodzajów i na poszczególne trasy, umieszczone były wszystkie razem na prętach. Aż do czasów masowej komputeryzacji było to rozwiązanie najwygodniejsze. Pamiętam też doskonale kasowniki, z którymi chodzili konduktorzy. Pamiętam zresztą z jednych z takich wczesnych podróży, ogromną satysfakcję, z jaką przebijałem - pod okiem konduktora - swój własny bilet! Obawiam się, że co młodsi mogą już tego nie zrozumieć. Nawet moja siostra - kilka lat ode mnie młodsza - nie potrafi już zrozumieć, dlaczego tak bardzo ekscytują mnie te niewielkie kartoniki.

Początkowo trochę przerażała mnie perspektywa blisko 2 godzin jazdy na twardych, drewnianych - i wyglądających na niezbyt wygodne - ławkach wagonu 3 klasy. Aby mieć choć trochę wygodniej, zaopatrzyliśmy się nawet w poduszki! Tak naprawdę jednak... zupełnie niepotrzebnie, gdyż siedzenia, choć drewniane, okazały się być tak naprawdę całkiem wygodnymi. W każdym zaś razie  sporo wygodniejszymi od plastykowych ławek zamontowanych w niektórych składach EZT jeżdżących na wielkopolskich szlakach. Swoją drogą jeśli stary wagon 3 klasy oferuje więcej wygód, niż wnętrze EZT, to jakże określić klasę tego ostatniego?

Gdy pociąg ruszył, poczułem się trochę, jak w filmowym Hogwarts Express'ie. Choć ten był z pewnością znacznie bardziej luksusowy, to jednak podróż "Wojciechem" - tak bowiem nazywał się nasz pociąg - była niemal tak samo "magiczna"! Tym bardziej niezwykła, że na dworcu w Poznaniu do pociągu wsiadła liczna grupa pasjonatów w strojach historycznych sprzed około wieku - dama z piękną kameą w towarzystwie przystojnego oficera i dwójki dzieci, a także grupa młodzieńców z karabinami, w mundurach Powstania Wielkopol- skiego. Magia! Magia! Magia!

Były problemy z otwarciem okna... "Oczień balszaja technika" sprzed prawie 100 lat - żeby otworzyć okno, trzeba najpierw je od dołu pociągnąć ku sobie i dopiero da się spuścić szybę. Dlaczego mi na tym zależało? Dzień nie był zbyt ładny i chwilami padało, ale po otwarciu okna było... bardziej czuć czym jedziemy. ;) Może się ktoś dziwić, ale po prostu... chciałem czuć zapach parowozu! Im więcej więc było dymu i im mocniej było czuć, tym większe szczęście wypełniało serce. Serce... bijące w rytm wystukiwany przez koła: "tuk-tu-tu-tuk-tu-tu-tuk". Ostrożne wychylenie się przez okno - i zachwyt każdym podmuchem, każdym większym kłębem pary lub dymu oraz... zdumionymi twarzami kierowców i pasażerów mijanych aut. Nawet krajobraz za oknem - choć tak dobrze znany i tyle razy oglądany z okien zwykłych pociągów, zdawał się być innym, odkrywanym na nowo. Jakoś bardziej niż zwykle uwagę zwracały elementy starej architektury kolejowej - dworce, budki dróżnika, domki. Takim pociągiem jedzie się po prostu INACZEJ!

Gdy dojeżdżaliśmy do stacji Gniezno, która dla nas była końcową, nie było nam dość tej jazdy. Przyjemnie by było jechać dalej i dalej. Z TurKolem można pojechać nawet nad morze, lecz - niestety - nie takimi zabytkowymi wagonami. Taka nieziemska przyjemność może być tylko w Wielkopolsce! :)

wtorek, 18 listopada 2014

Samotna mogiła

Grób... Znaleźliśmy go przypadkowo podczas rodzinnej przejażdżki w Lasy Królewskie - piękny kompleks leśny położony na północ od Gniezna -  ok. 20 lat temu. Grób, to w zasadzie w naszych lasach "nic niezwykłego", bo przecież dość często napotykamy mogiły powstańcze, partyzanckie lub okolicznych mieszkańców pomordowanych przez najeźdźców. Większość rzecz jasna z lat 1939 - 1945. Ten grób mnie jednak bardzo zaskoczył - nie tylko dlatego, że nie spodziewałem się w środku lasu stanąć nagle nad czyimś grobem, ale ze względu na to, co przeczytałem na stojącym na nim krzyżu: "Francuski Żołnierz - 1812". Pamiętam, że wróciłem wówczas do domu bardzo poruszony i... napisałem wiersz:

Samotna mogiła
przy drodze złożona.
Tylko krzyż drewniany
oraz grudy ziemi.
A na krzyżu zbrakło:
"Tu poległ...", "Tu leży..."
Słowa dwa pozostały:
to "Francuski Żołnierz"!
Słowa dumne, choć smutne,
Brak osobowości.
Jeszcze data zatarta
mijającym wiekiem:
1812
Kim był?
Skąd był?
Jakim był człowiekiem?
Tego dziś nie wiemy.
Na wiek wieków skryła
tajemnicę w sobie
samotna mogiła.

Ciekawe było to, że grób był zadbany. Choć był w znacznie gorszym stanie, niż jest obecnie, ale zawsze uprzątnięty i były położone jakieś kwiaty. Na potężnym modrzewiu, jaki wyrósł nad grobem (cóż za piękny "nagrobek"!) ktoś powycinał kilka krzyży - już wówczas były one mocno "poprzerastane", co było dla mnie czytelną informacją na to, że już przed wielu, wielu laty ktoś o tym grobie i leżącym w nim człowieku myślał z miłością.

Byłem wówczas młodym człowiekiem i pisywałem do młodzieżowego czasopisma "Bogaci Młodością". Opublikowano mi także ten wiersz i krótki tekst, w którym opisałem grób. Była to bez wątpienia pierwsza publikacja prasowa o tym grobie - choć wiele lat później jeden z lokalnych tygodników także opisał ten grób, i po dziś dzień jego redaktorzy są szczerze przekonani, że uczynili to jako pierwsi. Dzięki nim, oraz kolejnym publikacjom, wyjaśniła się jednak dla mnie przynajmniej ta "mniejsza" tajemnica grobu - kto się nim opiekuje. Przez wiele lat zajmował się nim Teofil Kowalewski, leśniczy z pobliskiego "Sarnówka". Obecnie zaś o mogiłę troszczy się rodzina państwa Karasiewiczów z Ochodzy, oraz Krzysztof Zalaszewski i Barbara Michalewicz z Gniezna (źródło informacji: tygodnik regionalny "Pałuki", Żnin; Gniezno.com.pl). Dzięki ich staraniom krótko przed tym, jak upłynęło 200 lat od śmierci tego nieznanego żołnierza, grób został całkowicie odnowiony, postawiono nowy krzyż i obok kamień z tablicą pamiątkową w języku polskim i francuskim.

Niestety, wciąż nierozwiązana pozostaje większa z tajemnic - kim był, skąd pochodził i jakie były ostatnie chwile jego życia. Wracał spod Moskwy - i to jest jedyny pewnik. Być może nie wracał sam? Tak, jak wcześniej szła przez Polskę "wielka armia" Napoleona, tak potem wlokło się wielu rozbitków tej armii - zmęczonych, zmarzniętych, słabych, rannych. I wydaje się, że łatwiej i bezpieczniej było wędrować po dwóch, lub trzech - chroniąc się i pomagając sobie nawzajem. Wielu z pewnością umierało po drodze - i z pewnością niejedna taka francuska mogiła gdzieś w Polsce się znajduje, choć większość z pewnością zapomnianych i może nie ma po nich widocznego śladu.

O wojaku, który zmarł pod Ochodzą, krąży w okolicy kilka legend. Według najpopularniejszej, zmęczony długą drogą zatrzymał się on w pobliskiej karczmie, gdzie - wypiwszy trochę zbyt wiele - zaczął chwalić się łupami wojennymi. Gdy ruszył w dalszą drogę - idąc starym szlakiem ku Gnieznu - został napadnięty przez miejscowych rabusiów, którzy wiedząc którędy pójdzie zaczaili się na niego. Nie zdołał się obronić i został obrabowany i zabity. Może było tak - bo wszak w każdej legendzie jest "ziarnko prawdy" - a może było zupełnie inaczej? Któż to wie? Wszelkie tajemnice zawsze są doskonałą "pożywką" wyobraźni!

Być może dało by się uzyskać odpowiedzi na pytania: kim był i skąd pochodził? Być może udałoby się także dowiedzieć, w jakich oddziałach służył i poznać chociaż trochę jego wojenne losy. Być może faktycznie niósł jakieś łupy... Próbuję nie myśleć o nim, jako o rabusiu. Prawda jest bowiem taka, że w tamtych czasach nikt się nie pytał, czy chce iść walczyć, czy nie; w armii spędzało się wiele lat; żołd zaś był kiepski - o ile w ogóle wypłacany - a więc prosty żołnierz tylko tyle miał dla siebie korzyści z mordęgi i narażania życia, ile zrabować z dworów, kościołów i cerkwi na szlaku armii. Jeśli niósł łupy, z pewnością nie ma ich w grobie, gdyż jeśli legenda opowiada prawdę i został napadnięty, to też obrabowany, a jeśli zmarł z ran i wycieńczenia, to, co niósł zabrali albo jego towarzysze, albo też, jeśli wędrował sam, "dobra dusza", która ulitowała się nad zmarłym i pochowała jego ciało. Być może natomiast udało by się znaleźć, gdyby grób rozkopać, jakieś resztki munduru, odznak, dokumentów? Być może jednak lepiej jest, że jego spokoju nikt nie narusza...

Grób i jego tajemnica poruszają wyobraźnię. Okazało się, że nie tylko moją, bowiem gdy zbliżała się 200 rocznica tamtych wydarzeń, grupa filmowców - amatorów z Gniezna postanowiła opowiedzieć swoją wersję legendy tego człowieka. Nadali mu imię François (Franciszek), które jest także pewną grą słów, gdyż "Francuz" po francusku to "Français" - więc niech już może pozostanie tym François - i zrobili o nim piękny i bardzo wzruszający film.


Nie byłem na grobie "François" od czasu, gdy go znaleźliśmy. Obejrzawszy raz, drugi, trzeci ten film - bo naprawdę można go oglądać wiele razy! - postanowiłem w końcu wrócić po latach w to miejsce. Muszę od razu powiedzieć, że znalezienie go nie było proste - wiedziałem tylko, że grób znajduje się w okolicy wsi Gołąbki. Choć grób jest zadbany i odnowiony, i wzbogacony o kamień z tablicą, nikt jednak nie pomyślał o tym, by oznaczyć go na mapach turystycznych (jak to się zwykło czynić w przypadku pomników i mogił), by poprowadzić koło niego któryś z turystycznych szlaków, opisać go w przewodnikach i nade wszystko oznakować dojście. Dobrze, że zadbano o mogiłę i dobrze, że przypomniano o tym nieznanym człowieku, lecz trochę zabrakło, niestety, takiego "myślenia kompleksowego". To duży błąd, który należałoby bezwzględnie naprawić!

Wyruszyłem "w ciemno", zaopatrzony tylko w mapę. W dodatku wcale nie bezpośrednio w okolice, gdzie znajduje się mogiła! Dojechałem do Mielna (przy trasie Gniezno - Bydgoszcz) i stamtąd rozpocząłem wielokilometrowy marsz przez lasy, początkowo wzdłuż pięknych jezior, ku leśniczówce "Długi Bród". Tam, od leśniczego - któremu podlega teren, na którym znajduje się grób - otrzymałem dokładne wskazówki, jak do niego trafić - a żeby tam dojść, trzeba było pokonać kolejne 5 km. Im dalsza droga, tym większa potem radość z dojścia do celu! Po drodze spotkałem wiewiórki, umykające szybko sarny, dzika (ooops! Na szczęście to on przede mną uciekał, nie na odwrót!) i wreszcie pięknego lisa - myśliwego. Piękne są Lasy Królewskie i bogate w zwierzynę! Dojście do grobu było już właściwie "wisienką na torcie". Stanąłem nad mogiłą, zdjąłem czapkę - w zadumie nad ludzkim losem i historią naszego kraju i Europy...

Wreszcie mogłem też odpocząć, by wkrótce z nowymi siłami ruszyć dalej. Zwróciłem się ku drodze - ku temu samemu, prastaremu leśnemu traktowi, którego już nie dane było przejść François... Piękne lasy i piękna droga! Jak wyglądała ona 200 lat temu? Pewnie równie pięknie - a może nawet piękniej - niż obecnie. Poszedłem dalej - najpierw ku leśniczówce "Sarnówko" i dalej ku Gnieznu - wyobrażając sobie, że tak samo szli towarzysze "naszego François", pogrzebawszy jego ciało. Ta myśl, że jednak nie wędrował on sam, była niezwykle silna i tak sugestywna, że niemal widziałem przed sobą dwóch wędrujących powoli ludzi, w podartych napoleońskich mundurach, z bronią przewieszoną przez ramię... Czy chociaż im udało się wrócić do ojczyzny i własnych domów, czy też tak, jak ich towarzysz "spoczęli" gdzieś po drodze i "śpią snem wiecznym" gdzieś pod jakimś innym drzewem?

Mapa Polski Targeo